Tego dnia było gorąco.

Tego dnia było naprawdę gorąco.

Było kilka minut przed 8.00 rano. Mimo wczesnej godziny wiedziałem, że będzie upał. To był jeden z tych dni kiedy otwierasz okno żeby przewietrzyć mieszkanie ale zamiast chłodnego powiewu czujesz że otworzyłeś wielkie, ciężkie drzwi  ogromnego, rozbujanego na maksa   hutniczego pieca. Zamykasz więc piec, zasuwasz zasłony i myślisz gdzie by się tu schować. Chodzisz po domu w samych spodenkach, modląc się by w lodówce został jeszcze chociaż jeden schłodzony napój.
Tak. Zapowiadał się upalny dzień.

Okna robią teraz tak szczelne, że nie dość, że nie ma ani jednej szparki  przez którą mogła by się przedostać choć odrobina powietrza to jeszcze dość skutecznie blokują dźwięki napływające z zewnątrz. Dlatego gdyby nie przychodzący SMS nie usłyszałbym syreny strażackiej.

Dobrze wytrenowane trzy duże susy, którymi pokonałem schody, potem klucze do garażu, skarpetki, hyc przez płot (kto by miał czas na otwieranie furtki) i już biegnę chodnikiem. Po drodze zaczepia mnie miejscowy pijaczek, który żyjąc w innym stanie świadomości nie słyszy syreny lub nie kojarzy co to oznacza i proponuje mi pogawędkę. Jakoś akurat nie mam ochoty na rozmowy o tym kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Do remizy mam jakieś 500 metrów więc trzeba się śpieszyć, żeby się „załapać”. Sam ustaliłem zasadę, że jedzie pierwszych 6 osób, które przybiegną do garażu. Nie ma czekania na naczelnika czy innych mniej lub bardziej ważnych.  Dbamy o szkolenia więc w grupie 6 osób zazwyczaj znajdzie się jeden kierowca i jeden strażak, który będzie dowodził. Wyjazd ma być jak najszybszy.

Syrena zawodzi wchodząc na obroty. Buduje napięcie. W rozedrganym od gorąca powietrzu słychać ją bardzo dobrze. Mimo, że nie pamiętam ile już miałem za sobą takich alarmów, zawsze ciśnienie trochę skacze. Dobiegam do drzwi garażowych, otwieram zamek. W tym samym momencie na placu przed remizą pojawia się dwóch ludzi na rowerach. Z piskiem opon wjeżdża stary passat z którego wyskakują trzy osoby  (ojciec i dwóch synów). Mamy komplet.

Włączam radiostację. Zadyszka po biegu nie pozwala mówić zbyt wyraźnie ale staram się, żeby głos był opanowany.

– Poznań 998 tu 361-33 gdzie mam się udać?
– Miejscowość Poręba. Miałem na razie tylko jedno zgłoszenie, że jest dym tak, że jedź zobacz.
– Zrozumiałem, zgłaszam wyjazd.

Koledzy już się ubrali i zajmowali miejsca w samochodzie. Nasz stary jelcz odpalił bez problemu. No i nie trzeba było pompować hamulców. Mieliśmy podłączoną do układu hamulcowego sprężarkę tak, że wystarczyło ją teraz odpiąć i samochód był gotowy do wyjazdu. Była niedziela. Mały ruch na drogach pozwolił nam szybko wyjechać na główną drogę i za moment  skręcaliśmy w stronę lasu. Z daleka było widać zadymienie, mimo, że było to dość daleko. Prawdopodobnie w sąsiedniej gminie. Zgłosiłem potwierdzenie zadymienia i poprosiłem o wsparcie. Słyszeliśmy jak zgłaszają się kolejne jednostki. Wyjechał też GCBA z JRG-2. Miał w sumie najdalej więc na początku trzeba będzie radzić sobie samemu. Odwróciłem się i zerknąłem na tylne siedzenie. Siedziało tam czterech naprawdę dobrych strażaków. Młodzi, sprawni, pełni chęci i przede wszystkim wyszkoleni. Z taką ekipą damy radę.
Był jednak jeden malutki problemik – wszyscy wróciliśmy kilka godzin wcześniej, czyli ok. 4.00 nad ranem z całkiem udanej sobotniej imprezy. Alkohol już dawno zdążył wyparować ale wzmożony ucisk w skroniach oraz coraz większe pragnienie podpowiadało, że to może być ciężki wyjazd. Nawodnienie organizmu to sprawa pierwszorzędna podczas wysiłku więc w trakcie drogi dość porządnie uszczupliliśmy zapasy wody mineralnej jakie mieliśmy w kabinie „na czarną godzinę”. To była jak najbardziej „czarna godzina”. Widmo spędzenia kolejnych kilku godzin w grubym ubraniu specjalnym, ciężkich butach, hełmie i rękawicach nie podobało się ani mnie ani moim kolegom. Wnioskowałem to z ich min bo jakoś nikomu nie chciało się gadać. Oszczędzaliśmy siły.

Na miejscu byliśmy równo z sąsiednią jednostką. Las palił się coraz szybciej więc postanowiliśmy w dwa zastępy  „złapać” pożar zanim dojadą posiłki. Jeden samochód w jedną drogę drugi w następną. Rozwinięcie trwało krótko. Naszym zastępem chcieliśmy stworzyć jedną, długą  linię, żeby można nią było potem łatwo manewrować.  Woda poszła. Chłopaki  powoli ogarniali pierwsze płomienie a ja biegłem dalej w las, żeby zobaczyć z czym mamy do czynienia. Niestety, pomiędzy dużymi sosnami rosło trochę małych choinek. Może gdyby druga jednostka w porę podała wodę byłaby szansa na opanowanie ognia. Uwijali się z wężami i kiedy do nich dobiegałem byli już gotowi. Ale niestety ich pompa miała dzisiaj gorszy humor. Zachowywała się tak, jakby była z nami wczoraj na imprezie. Za żadne skarby nie chciała wejść na obroty. Podbiegłem do samochodu, żeby pomóc – przy motopompie stał stary mój znajomy, doświadczony mechanik. Nie było sensu wdawać się w długie dyskusje, trzeba po prostu dać mu trochę czasu.  Jeśli on nie da rady to nikt.
Na szczęście słyszeliśmy już sygnały dwóch następnych OSP. Znałem tych ludzi z różnych uroczystości ale rzadko spotykaliśmy się razem na akcjach. My dawaliśmy sobie radę więc oba zastępy skierowałem do wsparcia naszych sąsiadów którzy jeszcze nie uruchomili motopompy. Kiedy zatrzymali samochody i wysiedli w krótkich spodenkach i klapkach wiedziałem, że za dużo nie pomogą.

W tym czasie powinno już brakować wody w naszym jelczu,  więc kolejną jednostkę skierowałem do zasilenia naszego samochodu. Oczywiście obrazili się, że „oni by woleli gasić” ale trudno. Taka rola dowódcy. Wcześniej wysłałem jedną moją rotę na poszukiwania zasilania, chociaż w lesie to graniczy z cudem. Jednak cud się stał. Część lasu przylegała do pola uprawnego. Chyba z kapustą.  I na granicy tego lasu stał sobie jak gdyby nigdy nic normalny hydrant. Na początku myślałem, że to jakiś stary nieczynny zabytek ale kiedy dobiegliśmy na miejsce zobaczyłem, że kolega podłączył wąż, uruchomił hydrant i był przygotowany do napełniania naszych spragnionych wody samochodów. Wydajność hydrantu nie była rewelacyjna ale lepsze to niż jazda 8 kilometrów do najbliższej wioski. Trochę mi ulżyło. Właśnie dojechał ciężki Man z JRG-2 i miała dojechać jeszcze jedna OSP, która jak na razie jest w fazie poszukiwania kierowcy. Damy radę.

Wróciłem do moich chłopaków. Sukcesywnie szli naprzód, widać, że zapomnieli o zmęczeniu i trudach wczorajszej nocy. Myślałem, że za chwilę opanujemy pożar  jednak jedna rzecz nie dawało mi spokoju. Zdjąłem hełm i rękawice. Mówiłem już że tego dnia było gorąco. Ale to było coś innego. Coś niepokojącego. Po wylaniu tylu ton wody z dwóch stron pożaru temperatura nie powinna być taka wysoka. Na twarzy wyraźnie można było odczuć gorące podmuchy nie wróżące nic dobrego. Pobiegłem głębiej w las. Była tam mała polanka na której rósł młodnik. Ogień poszedł po choinkach prosto w górę do wierzchołków starych sosen. Olejki eteryczne, którymi wypełnione są igły sosen palą się bardzo szybko. W tym momencie pożar osiągnął bardzo wysoką temperaturę, na tyle, żeby tuż nad nim wytworzył się wir powietrza tańcząc wokoło jak młoda cyganka. Zmienił się też kierunek wiatru, który wiał teraz idealnie na nasz samochód. Krzyknąłem przez radio do mojego kierowcy, żeby się ewakuował. Zdążył w porę wyprowadzić  samochód z lasu uszkadzając przy tym lekko tylny zderzak. Chciałem wycofać moich chłopaków na drogę ale ogień przeszedł nad nami z prędkością pociągu pospiesznego przenosząc się na drugą stronę drogi. No i dupa – zauważyłem inteligentnie. Teraz trzeba będzie wzywać samoloty, od cholery jednostek, oficerów, cystern i inne cuda wianki. Pogadałem z dowódcą, który przyjechał Manem z JRG. Wydawał się w miarę spokojny. Zauważył słusznie, że wysoki las kończy się przy następnej drodze  i ogień nie ma się gdzie dalej przenieść. To nas trochę podbudowało. Mój nowy kolega kazał jeszcze zadysponować kilka OSP oraz cysternę z Poznania i oczywiście wspomniany wcześniej aeroplan.

Wszyscy strażacy uczestniczący w akcji – i ci uzbrojeni po zęby i ci w gustownych klapkach zorientowali się, że jeśli teraz nie ruszymy dupy to zostaniemy tu do jutra. Kolejne rozkazy spowodowały wydajniejszą pracę i lepsze efekty. Stworzyliśmy trzy kierunki natarcia. Nadleciał samolot zrzucając wodę – niestety trochę za daleko. To nas nie zniechęciło. Walczyliśmy, ale ludzie zaczęli słabnąć. To była trzecia godzina akcji. Pojawili się leśnicy z suchym prowiantem, więc podzieliliśmy chłopaków na pół i wyznaczyliśmy półgodzinne zmiany. Stwierdziłem, że teraz bardziej przydam się przy gaszeniu niż mądrowaniu, więc ruszyłem do linii, którą samotnie obsługiwał strażak z PSP. Linia składała się z czterech odcinków W52, podłączonych bezpośrednio do bardzo wydajnej motopompy ciężkiego Mana. Przechodząc, zauważyłem, że ciśnienie było ustawione na 8 atmosfer. Widząc mnie kolega z uśmiechem oddał mi prądownicę po czym zniknął w lesie. Nie wiem jak ten drobnej postury chłopak utrzymywał wąż w bezruchu. Ja kładąc go sobie na ramieniu zacząłem wywijać pomiędzy osmalonymi drzewami dzikie tańce. Po kilku chwilach nierównej walki z dzikim wężem oswoiłem go na tyle, że nawet udało mi się w miarę celnie kierować wodę na tlące się pnie drzew. Byłem mokry od potu i straciłem resztkę drzemiącej gdzieś wewnątrz mnie energii. Cały czas jednak nie mogłem  zrozumieć dlaczego mój drobny i lekki kolega nie fruwał z tym wężem w koronach drzew. Jak się za chwilę okazało mój kolega nie zniknął w lesie w poszukiwaniu borówek tylko w zgoła innym celu. Co jakiś czas wynurzał się i wskazywał mi drogę. Pomagał mi przenosić linię pomiędzy drzewami i ponownie znikał, aby za chwilę wynurzyć się w zupełnie innym miejscu, wskazując ciągle tlące się pnie i gałęzie. Działał spokojnie i sukcesywnie jak Robocop a ja biegałem za nim z wężem ucząc się i zapamiętując wszystko co robił. Czułem ogromne zmęczenie i pragnienie. Na dotarcie do naszego samochodu w którym prawdopodobnie była jeszcze woda nie było szans. Pozostawała więc woda z węża. Nie była z pewnością zbyt czysta ale miała jedną wspaniałą cechę. Była mokra. Zdjąłem hełm i kurtkę ubrania specjalnego, przymknąłem zawór prądownicy tak, że leciał tylko delikatny prysznic i powoli polałem sobie głowę a potem całe ciało. Hmmm…  od kilku łyków chyba nie powinienem się rozchorować? Ulga. W tym momencie kolejny raz nadleciał samolot zrzucając wodę idealnie na nasze pozycje. Byłem mokry. Nawet bardzo.

Po około 30 minutach przyszedł strażak, który przejął ode mnie prądownicę. Mój zmiennik po kilku minutach tańca z wężem zaczął radził sobie całkiem dobrze więc miałem przerwę. Poczłapałem do miejsca w którym leśnicy rozdawali prowiant. Do tej pory nie myślałem o jedzeniu ale widok bułek i kiełbasy sprawił , że w miejscu w którym zazwyczaj mam żołądek poczułem wielką pustkę. Przypadało po jednej bułce i kiełbasce na osobę. To tak jakby próbować ugasić dzisiejszy pożar małym, plastikowym wiaderkiem. Zniosłem to mężnie. W końcu trzeba dawać przykład młodszym. Kiełbasa była z gatunku tych, które można bez problemu jeść w piątek bo zawierają tylko śladowe ilości mięsa, ale dla mnie w tamtej chwili była najsmaczniejszą  kiełbasą  na świecie. Po posiłku przypomniałem sobie, że zabrałem z domu telefon.
Mężczyźni boją się różnych rzeczy. Wojen, katastrof, braku stabilizacji finansowej ale chyba największym możliwym horrorem jest widok 6 nieodebranych od żony. Faktycznie, kiedy wybiegałem z domu ona jeszcze mogła spać. Nie słyszała syreny bo mamy szczelne okna. Obudziła się – mnie nie było więc cały dzień pewnie się delikatnie mówiąc „niepokoiła”. Oddzwoniłem i wyjaśniłem.

Po chwili odpoczynku postanowiłem obejść stanowiska. Pożar był w pełni opanowany. Od drugiej strony lasu nadjechał oficer, który kazał nam jeszcze raz się przegrupować i pokazał nam sposób dogaszania pogorzeliska, którego nauczył się w Kuźni Raciborskiej. Środkiem lasu budowaliśmy linię W75 a od niej co odcinek podłączaliśmy rozdzielacz z wężami W52 po każdej stronie. Tym sposobem przeszliśmy jeszcze raz cały obszar pogorzeliska pozostawiając po sobie całkiem spore bagno.

W tym momencie dowiedziałem się, że nasz jelcz ma awarię i stoi sobie biedny na drodze. Prawdopodobnie zatkał się któryś z filtrów paliwa ale doraźne czyszczenie nic nie dawało. Ponieważ zbliżał się koniec akcji nasi sąsiedzi (nie wspomniałem, że po jakimś czasie udało im się uruchomić motopompę) wzięli nas na hol i zgłosiliśmy odjazd do bazy. W samochodzie śmiałem się z moich kolegów, że mają twarze całe w czarnej sadzy, dopóki sam nie spojrzałem w lusterko. Po powrocie do garażu zabraliśmy się za naprawę samochodu.
Tego dnia było na prawdę gorąco.

 

Zdjęcia wykorzystane w artykule pochodzą z prywatnego archiwum autora oraz archiwum zaprzyjaźnionych jednostek.

Dodaj komentarz